napisałem o kochance.
napisałem... wyrzygałem raczej,
ale mniejsza o to.
i w dzień po notce rozmawiam ze starą, dobrą znajomą.
padło 'sformułowanie niebanalne ponad wszelką miarę', w żarcie czy nie, ale padło.
i nie piszę tego, nie dla tego, że boję... czy też wstydzę się tego sformułowania.
po prostu nasze kochane społeczeństwo tak sponiewierało te szlachetne, piękne słowa, że sam - gdybym je do którejkolwiek powiedział - czułbym się jakbym jej rzucił gównem w twarz.
sad but true.
ostatni raz te słowa wypowiedziałem chyba w 2klasie podstawówki do mojej wychowawczyni. dzięki temu chyba zapewniłem sobie usprawiedliwienie.
choć i tak mi to nieraz zarzucano, bo wyobrażacie sobie parę, która liżąc się nie powie tego do siebie? że tylko się zmiętoli, przyliże i będzie milczeć?
bah... ludzie. co złego do cholery widzicie w milczeniu?
jechałem na uczelnię kiedyś, tramwajem, na pewnym przystanku dosiadła się znajoma.
usiadła obok mnie, kiwnąłem jej głową 'na dzień dobry' i dojechaliśmy do uczelni w milczeniu, nic nie powiedziałem, nie zacząłem rozmowy. bo oczywiście to do mnie jako do mężczyzny należy zabawić niewaste rozmową. no to ja daną niewiaste uszanowałem milczeniem, ona z kolei wychodząc z tramwaju cała się trzęsła, wściekłość (czy też nienawiść nawet) spowodowana tym 'jak to ja ją katowałem' milczeniem, kapała z niej, usta jej się trzęsły. na miejscu zaś dorwała taka parę (niestety wspólnych) znajomych i opowiadała o tym jak to ją męczyłem, jaką to traume przeżyła.
a wszystko spowodowane czym?
niczym.
chociaż nie, przepraszam - wyłuszczyć należy, że 'nic' nie istnieje. znaczy się istnieje ale tylko w naszej wyobraźni, choć mimo to będąc 'czymś', bo powszechna definicja 'niczego' istnieje, tak samo jak zapis '2=3', ale są to urojenia nie mające związku z rzeczywistością poza swoją egzystencją na papierze. prościej mówiąc - nic jest błędnie definiowane oraz rozumiane.
a powracając, do pytania;
a wszystko to spowodowane (już nie niczym) milczeniem.
tym pięknym, czystym milczeniem. bo wiadome musi Wam być, że miłuję ciszę niezmiernie.
a nawiązując z kolei do 'rzekomego' błędnego definiowania 'niczego'.
'nic' to 'nic'. 'nic' było, jest i będzie. nic może być utożsamione bardzo łatwo z wszechrzeczą, z nieskończonością; dajmy na to - z kosmosem, czy osiami kartezjańskiego układu współrzędnych. bo nie prawdą jest, że nie jesteśmy w stanie ogarnąć kopniętej ósemki.
'strach to lęk przed nieznanym' - to jest wszechobecna prawda, która pozwoli zrozumieć moje słowa.
wg, niej łatwo wydedukować można, że człowiek, na przestrzeni czasu zdał sobie sprawę z tego, iż każde następne miejsce po przecinku jest coraz dalszą podróżą od całości (pozornie!) a tym samym, rzekomym przybliżaniem się do nieznanego co z kolei wiąże się z coraz silniejszym lękiem i strachem wynikającym właśnie z obawy przed nieznanym, tym co będzie jeszcze dalej.
ale;
jak wyżej napisałem jest to cecha 'wytworzona między czasie', gdyż najpierw nie było matematyki, a np. morze. 'co jest za wielką wodą?!' myślał kiedyś Kali.
a więc nie jest to cecha nabyta, a pierwotna - instynkt samozachowawczy, rodzaj samoobrony mózgu przed rzeczą (NIE niepojętą) ciężką do zrozumienia.
ale;
instynkty pierwotne są po to aby nie dopuścić do wymarcia gatunku.
gatunek = ogół = społeczność. a moje zdanie na temat zidiocenia społeczeństwa już wyrażałem. tym samym - nie dziwota, że taki instynkt się wytworzył, bo tak jak lęk przestrzeni czy wysokości doprowadza ludzi do popełniania błędów psychoruchowych czy też przez wytworzenie adrenaliny i innych enzymów - zakłóca myślenie aby osoba 'uświadomiona' (w następnych zdaniach wyjaśnię) przeżyła, odruchy obronne. tak samo działa lęk przed nieskończonością czy jak to na początku zostało nazwane 'nic'. chroni ów instynkt większość ogółu przed zbzikowaniem spowodowanym świadomością naszego 'nic'. gdyż ludzie z w.w. przypadłościami (tj. lęk wysokości np.) są osobami, które nieświadomie zdały sobie sprawę z prawdziwej wielkości nieskończoności, wyobraziły sobie ją - a jako, że ich mózg i wyobraźnia nie są w stanie tego pojąć - bzikują wytwarzając mechanizmy obronne. potem tylko to nazwać i viola - mamy lęk wysokości, odruch bezwarunkowy na bodziec nie do pojęcia.
my wszak (mam przynajmniej taką nadzieję) jesteśmy w stanie to pojąć i nie zbzikujemy zdając sobie z tego sprawę, wystarczy chwile logicznie, analogicznie pomyśleć;
zapewniam 'homo sapiens-sapiens' (o ironio!) od tego nie zginie.
i teraz jeszcze raz powiedzcie sobie:
- 'nic' nie jest 'niczym' według powszechnej definicji, wg., której 'nic' nie istnieje.
- 'nic' to 'nic', 'nic' jest we wszystkim co nas otacza, od materii po słowa w postaci definicji czy jednostki miary nawet.
- 'nic', 'wszechrzecz', 'nieskończoność' etc. są synonimami.
tym samym powtórzę - milczenie jest piękne, oraz cisza jest piękna.
a więc - doceniajcie i szanujcie ludzi wielbiących ciszę, gdyż dzięki temu uszanujecie myśl.
______________________
bah, no tom się wybrał w 'podróż intelektualną'... a chciałem napisać normalną notkę, opisującą, że najprawdopodobniej znalazłem bardzo ciekawą osobę.
chociaż nie, nie znalazłem a odkryłem. dwie nawet.
następnym razem napiszę...
zacznę pisać inwokacje.
tylko, do którego boga?
może Nietzsche miał racje?
Dostojewski? Mickiewicz, Crowley?
a jebać boże-nauki.
''o Bogu przy herbacie nie rozmawiam''
''nauka chodzenia'' - polecam.
a może muzę 'zatrudnię'?
o tak, muza + kochanka.
jakieś chętne? podam namiary na casting.
nie jestem człowiekiem małej wiary,
jestem człowiekiem wybiórczej wiary.
moja choroba,
moje przekleństwo.
bo 'żyć' to za mało.
tak, spadam.
gubiąc po drodze wszystkie maski.
wreszcie - rzekłbym.
lecz zwalniam od czasu do czasu, zadając sobie kolejne niechciane, nieproszone pytanie.
czy to sumienie pyta czy też myśl uderza?
pierwszego nie mam? wyzbyć się należy aby do drugiego dążyć,
aby myśl umiłować.
i aby przestać być w swoich oczach egoistą,
aby stać się pielgrzymem.
aby myśl pożytkować i nie dla mnie a dla...
dla ludzi myśleć?
przecież to od nich spadam, oddalam się.
aby wrócić?
do ludzi?
...
nie chcę następnych pytań.
Syzyfem mnie mądrzy nazwą,
a wszyscy wariatem zajedno, bo wariatem ten, który z własnej woli podejdzie do głazu i ten, który przed głazem usiądzie.
wariatem jest również ten, który nie widzi różnicy pomiędzy spadaniem, a unoszeniem się.
ostatnimi czasy nie robię nic.
kompletnie nic - fizycznie.
siedzę.
i choruję.
popadanie w skrajność jedynym, doraźnym lekarstwem dla mnie, czyli;
ćwiczenia fizyczne do utraty przytomności,
oraz medytacja.
potrzebuję kochanki, która ukoi otwarte rany ciałem,
która zrozumie, ale nie skomentuje,
której będę współczuł...
dlaczego znam swoją przyszłość?
nie, nie mówię o swoich zarobkach za 10lat, ani o tym czy mnie nie wykastrują.
dlaczego moja pielgrzymia tułaczka zadaje tyle pytań?
dlaczego wiem, że jeśli znajdę odpowiedź na powyższe - zawrze się w tej odpowiedzi przynajmniej jedno następne pytanie?
znowu od zajebania roboty.
ja pierdole... po chuj łapie tyle srok za ogon.
ah tak, myśl o 'leprzej' przyszłości.
znalazłem niezłą uczelnie w szkocji, przedstawiłem ją matce.
to był błąd...
"oh, ah, synku! to wszytko jest dla Ciebie! Ty taki zdolny, idź, świat stoi otworem!"
nic tylko kurwnąć pod nosem, odwrócić się i jak najszybciej odejść zanim zwerbalizuje się wszechobecną prawdę, która to mówi o dowartościowywaniu się rodziców poprzez zapychanie życiowej luki jakiegoś niepowodzenia osiągnięciami córki/syna.
a dla zabawy można jeszcze podpiąć to pod psychoanalizę i dodać, że pewnie byli gwałceni w wieku 5lat.
i żebym nie wyszedł na syna potwora (którym de facto jestem) - zero litości dla słabości. szczególnie jeśli słabość ta, wmówiona sobie, wywodzi się z błędnego, totalnie alogicznego myślenia. 'bliskość' 'rozmówcy' nie ma nic do rzeczy.
narazie do złożenia są dwie teczki. trzecia (do szkocji właśnie) stoi pod wielkim znakiem zapytania ze względu na lamentująca matkę.
pamiętajcie do kurwy nędzy:
"nic nie zubaża człowieka bardziej niż ambicje"
cytacik wyjęty z kontekstu, acz przekazujący bez takowego adekwatną do sytuacji treść, którą w 100% popieram.
cafee no.14 in progress
ode mnie, dla mas;
nie ma kurwa dobrze czy źle,
nie ma pozytywnie, negatywnie czy kurwa niepodlegle-realistycznie.
nie ma kurwa czerni i bieli.
wszystko jest jedną wielką szarą papką,
w której to ja jestem jedną kurwa pierdoloną bezbarwną dziurą.
i albo dla mnie - jestem ja i papka,
albo dla was - jest papka i tyle.
ewentualnie, rzecz ma się tak: jest mnie zajebiście dużo także pamiętaj o zasadzie sine ira et studio.
kurwa. straciłem rachubę w ilości kaw.
niech więc będzie ciąg dalszy bo właśnie pije, espresso kolumbijskie z dodatkiem whisky. wyśmienite - polecam.
cafee no.13
ah, tylko bez żadnej bitej śmietany czy spienionego mleka jak to zwykli podawać w paru znanych mi kawiarniach. można co najwyżej trochę cynamonem posypać. inaczej pierdoli się cały majstersztyk kompozycji smakowej.
podwala się do mnie moja przyjaciółka. przyjaciółka - jedna z tych najbliższych, która akurat jest w sytuacji: chłopak, w którym była zakochana na zabój wyjechał za granicę spory kawałek czasu temu. obecnie niemalże gardzi nią, ta do niedawna dalej go kochała (jak nie wciąż).
drogie panie czytające to - jak byście chciały dostać kosza w takiej sytuacji?
pytam całkowicie serio, bo moje metody nie imają się osób, na których mi zależy.
przyjaciele to nie białe myszki.
ogólnie sielankowo, na dzień dzisiejszy nie ma wiele do pisania toteż nudzić nie będę.
parę rzeczy się wydarzyło przez ten niecały miesiąc oprócz powyższego.
a właściwie parę kłopotów.
(poniższe piszę tylko dla własnej pamięci)
dziobanie wyprowadziło mnie niby na prostą, ale za to trafił do dyrektora sprawdzian, w którym to napisałem ładny poemacik. nooo i już pierwszy raz usłyszałem, że 'to jest szkoła dla chcących się uczyć! a nie dla robiących coś... coś takiego!" i w tym momencie wymachuje mi kserem mojego sprawdzianu przed mordą.
nauczycielka, która na mnie doniosła - zachowała się jak SBecki konfident ale w sumie nie mam jej nic do zarzucenia, sam to w końcu napisałem. fakt faktem - zachowała się jak suka i będę jej to wypominał, bo zrobiła to z własnej, nieprzymuszonej woli.
dodać można konflikt ze rodzicami.
nie znoszę osób z byle gówna robiących koniec świata (pokłony w stronę mamusi) i wygłaszających wszechobecne prawdy po raz enty nic nie wnosząc do rozwoju sprawy/problemu (pokłony w stronę tatusia).
i ogólnie nie lubię jak mi się ktoś wpierdala do moich spraw jęcząc i lamentując.
można by do tego dorzucić jeszcze parę rzeczy irytujących tudzież wkurwiających mnie, ale nie o tym ta notka.
a i ostatnio fajną sytuację widziałem:
stoi przed empikiem wielki, łysy, drech w swoich galowych ciuszkach.
trzyma za plecami różę.
podchodzi do niego jego dziewczyna, białe kozaczki etc.
drech wywala łapsko do przodu z pięścią na wysokości wzroku panienki:
"KOCHAM CIĘ ŻE CHUJ!" i zastygł z kamienną twarzą...
przed chwilą usłyszałem, że mam głos jak J.Morrison.
ba, według współlokatorów to nie on a ja zacząłem śpiewać.
wczoraj się wykurwiłem, dziś (rano przynajmniej) nie będę.
hmm...
szaro za oknem. chujowo rzekłbym.
układam playlistę, otwiera ją Radiohead - Street Spirit; a kończy NIN - Only.
rozpływam się o fotelu, nogi wyciągam na krzesło i trzymając filiżankę zamykam oczy.
pozwalam muzyce i ambrozji przywrócić mnie do życia po 2h snu.
nienawidzę jak ktoś wchodzi mi do pokoju zanim skończę kawę.
nikt nie wszedł.
wszystko jak w zegarku - ale mimo to - lubię to, ten stan i atmosferę tworzącą się wokół tego procederu.
jednodniowa przerwa w dziobaniu. dzisiaj w jednej ręce ołówek, a w drugiej zadane tematy.
nie lubię rysować na rozkaz.
jest to gaszenie, trywializacja i profanacja.
"...czy mu się to podoba czy nie."
only.
ps. ah byłbym zapomniał. pokacycki znowu jest na pierwszym miejscu. co za ulga.
jak ja nienawidzę ludzi, którym wbijasz coś łba, tłumaczysz pół godziny coś, a te ciućmoki, te siuśki skretyniałe i tak nie są w stanie tego pojąć.
i żeby to chodziło o sprawy, które naprawdę ciężko pojąć ale nieee. mowa o rzeczach elementarnych. o, dajmy na to - podstawowe pojęcia służące do komunikowania się.
nazywam ten gatunek idiotami.
gdzie należy zaznaczyć, że nie ma wyraźnej granicy dzielącej ich od ludzi.
jak ktoś w rozmowie ze mną przejawi jakiekolwiek oznaki głupoty - ostrzegam;
dostaje wtedy skrzydeł i staje się diablo agresywny.
sumienia nie mam od zawsze więc potrafię wtedy zrobić naprawdę niemałe kuku.
a to (tak ja to widzę) z powodu świadomości, że nic, ale to kompletnie nic nie jestem w stanie zrobić, żeby temu zaradzić.
idioci byli, są i będą. a jakby tego było mało to jest nimi większość rasy ludzkiej. kurwa.
ta jedna rzecz dzieli mnie od boskości.
całujcie misia w owłosione, brudne dupsko a ja idę dalej dziobać.
niesamowite.
epiczny leń ruszył swoje dupsko i zabrał się do roboty.
sam w to nie wierze, nie tknąłem szkolnych tematów od... 2lat?
miejmy nadzieje, że mi niedługo przejdzie.
a puki co dziobie jak ten kretyn toteż notka tylko informacyjna.
podsumuje to skurwysyństwo później.
"Szkoła to jest taki karmnik, gdzie każdy ptak musi dziobać, czy mu się to podoba czy nie."
doszedłem do prostego wniosku:
jeśli zdołam teraz wszystko pozaliczać - stanę się cudotwórcą.
a jako, że do boga mi nie daleko - bierem się do roboty.
mus to mus, a poprawek nie mam zamiaru pisać.
pamiętaj zacny czytelniku: dzień = noc
czyli: dzień + noc = 2dni => do poniedziałku mam 9dni.
zjebałem dzisiejszy dzień.
nie lubię jebać dni.
szczególnie kiedy w okół dużo ciekawszych dziur do załatania.
...tym czy innym sposobem.
cofee no.7 & ansinth
onanizuje się więc tym co przyjęło się nazywać sztuką.
oczy mają już dosyć, szczytowały już parę razy dzisiaj. nie wspominając o zeszłej nocy.
czas doprowadzić do orgazmu uszy.
budzę się rano na podłodze, oczy pieką jakby ktoś przykładał mi do nich czerwone żelazo, kałuża z wody do pędzli wesoło mieni się kolorami tworząc na deskach lustro dla słońca tylko po to, żeby pierdolnąć mi w oczy ładunkiem luminacyjnym.
zamykam z powrotem oczy.
plecy bolą mnie jak po biczowaniu od nierównych, starych desek mojego pokoju.
po omacku szukam kropli do oczu.
wwlokłem się na łóżko i poleżałem chwile, żeby moje spojówki wchłonęły co im się należy.
można kurwić - ale noc była udana.
po podliczeniu: 47 dobrych szkiców + 1 płyta do wyczyszczenia i ponownego gruntowania.
po przejrzeniu prac jedno pragnienie tylko miałem - ambrozja.
schodzę do kuchni, otwieram szafkę a-tam-KURWA-nie-ma-kawy.
dobrze, że byłem wycieńczony po nocy bo bym coś rozjebał.
no ale nic - w efekcie dotleniłem się 'świeżym' miejskim powietrzem i nałapałem trochę słońca, którego ostatnio tak mało, a które całkiem przyjemnie kontrastowało będąc nisko nad horyzontem jeszcze.
nie ważne co było. co będzie.
jest tu i teraz poza wszelkimi wyobrażeniami.
going up ponad wszystko.
ołówki, piórka, farby - podwładni. cicho czekają.
na mnie, na moją rękę, na mój umysł.
tej nocy pójdą w tany.
jedna z tych nocy, w których jestem bogiem.
siedzę na dupie i przeglądam neta jak ten pacan zamiast zrobić coś konkretnego.
leżą pół metra ode mnie książki, które mnie do ciężkiej kurwy interesują ale nieee, ja - debil muszę oczywiście marnować czas wlepiając gały w jakieś gówno warte bzdety.
żeby to było chociaż coś rozwojowego, coś z czego wyciągnąć bym mógł jakąś wiedzę (tyle mnie przecież kurwa rzeczy interesuje!) aaaale nie, gdzie tam. zamiast rozwijać się czytając ciekawą lekturą, której pod ręką mam już niemałe zbiory z dziedzin wielu - faszeruje się jakimiś gównami gore i porno-podobnymi...
dowodem na to jak się człowiek marnuje jest np. zakładanie takich bzdurnych blogów jak ten. czyli dokładnie tak jak ja to zrobiłem dzisiaj w nocy. całą noc przesiedziałem nad layoutem bo betka jestem z kodowania.
jadę dzisiaj na kawach. jutro też będę i chuj. najwyżej w wieku 40lat wątróbka nawet na patelnie się nie będzie nadawać.
co do persony mojej:
ja sem leń patentowany, któremu to wszystko wisi i dynda, a który to według wszelkiej opinii marnuje swój potencjał i inteligencje.
zwano mnie hedonistą, cynikiem, satanistą, filozofem i z czasów romantyzmu - artystą a i człowiekiem renesansu ze wszystkimi cechami pozytywnymi jak i negatywnymi. aaaaale co by nie słodzić za wiele zwano mnie jeszcze debilem, głupkiem, świrem oraz synonimami tychże wszelakimi.
pod opiniami tymi, rzecz oczywista, podpisuję się ręcami, nogami i penisem w liczbie członków wszystkich równej bez mała pięć.
amen.